WILKOWYJE NA MANHATTANIE


Nigdy nie lubiłam mojego miasta. Ale co zrobić, siłą rozpędu kwitnę tu nadal, bo tak się złożyło, że z Rockefellerów nie pochodzę i nie stać mnie na to, żeby przenieść się gdzie indziej, nad takie morze dajmy na to, bo zawsze chciałam tam mieszkać. Ale szukając dobrych stron stwierdziłam, że mam całkiem niezły punkt widokowy z mojego balkonu na dziesiątym piętrze i powinnam się cieszyć, że nie muszę patrzeć na przykład na śmietnik albo inny płot, czy  cudze okna. Lecz jak to w życiu bywa, człowiek przyzwyczaja się do tego co dobre i wydaje mu się to oczywiste.

W drodze z domu do sklepu prawie nigdy nie widzę co się wokół dzieje i nie rozglądam się, tylko myślę o czymś i gapię się w chodnik. Wczoraj jednak zaczęłam się przypatrywać mojej ulicy. A na niej… Bank, a właściwie filia, ale zawsze to bank. Sklepik z włoskimi ciuchami, nazwany elegancko „Etique”, nie wiem o co chodzi w tej nazwie, ale elegancko brzmi. Sklep z kosmetykami. Salon gier hazardowych,więc prawie jak kasyno. A wszystko tylko na długości kilkudziesięciu metrów. Co prawda całą sprawę z leksza psuje second hand zwany przez innych lumpeksem, ciucholandem albo ciuszkiem, ale w końcu nie będę się czepiać. Poza tym w promieniu kilkudziesięciu metrów full wypas, czyli: kilka zakładów fryzjerskich, dentysta, siłownia, biblioteka, sklepy, tylko baru brak, ale jakoś to przeboleję, bo po barach nie chodzę. Jest nawet boisko do koszykówki w amerykańskim stylu czyli w pełnych wymiarach i z siatką. Normalnie jak na Manhattanie – pomyślałam. I czego chcesz kobieto?! Miasto ci się nie podoba?! Toż to prawie Nowy Jork!

Wsiadłam do mojego samochodu, nie amerykańskiego bynajmniej i niestety, przekręciłam kluczyk w stacyjce i nagle mój wzrok przykuł niezły widok.  Na chodniku, tuż naprzeciw stała kobieta, lat około, tak mniej więcej tyle co ja, czyli całkiem jeszcze niestara. Włos rozwiany permanentnie, bo pewnie zgubiła grzebień, niechlujna bluzka i takaż spódnica, a na nogach męskie skarpetki i sandały. Znowu przekręciłam kluczyk, tym razem w odwrotną stronę i postanowiłam chwilę popatrzeć. Myślałam, że to Nowy Jork, a to Wilkowyje, a na chodniku wypisz wymaluj Solejukowa, tyle, że jakby niekompletna, bo bez chustki na głowie i bez torebki na długim pasku sięgającej do kolan. Solejukowa stała podparta pod boki i patrzyła, nie wiadomo na co, ale w końcu wolno jej. Poza tym przecież taki Nowy Jork, jak u nas nie wszędzie jest, więc dziwić się nie było czemu, że kobita patrzy. Nagle, ni stąd ni zowąd  podniosła rękę z biodra do nosa i walnęła w nią potężnie trzy razy, czyli mówiąc wprost wysmarkała się i strzepnęła ręką, bo przecież nie miała chusteczki. Nie zdziwiłam się, bo chusteczkę przeważnie nosi się w torebce, a torebki nie miała, jak już wspomniałam. Potem odwróciła się i w czyimś kierunku zawołała: „E, ch..u! Moje piniondze oddej!” 

Tego już nie wytrzymałam. Przekręciłam znowu kluczyk w stacyjce i odjechałam. Do innej dzielnicy. Znudziło mi się finansowe centrum świata. Nic tylko o kasie gadają, a ja nie z Rockefellerów przecież i głupio się poczułam w tym eleganckim miejscu.