POD GÓRKĘ DO SZKOŁY


Sprawa zepsutego wodomierza spędzała mi sen z powiek od tygodnia, a gdy się zrobiła prawie kryminalna postanowiłam działać. A było tak… Pewnego dnia spisując stan wodomierza odkryłam, że nie działa. Zwierzyłam się znajomej w luźnej rozmowie, a ona na to:

- Wymień go natychmiast i zgłoś w administarcji, że miałaś awarię, bo możesz mieć kłopoty.

- Jakie? – zdziwiłam się.

- No wiesz, jak sprawdzą ile zużyłaś to każą ci słono zabulić, a jak nie zabulisz to mogą cię nawet do sądu oddać – postraszyła mnie.

Przerażona perspektywą oglądania mojego pięknego miasta zza więziennych krat zabrałam się ostro do rzeczy i zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego hydraulika, pana Zdzicha. Pan Zdzich, swoim zwyczajem załatwił całą sprawę „all inclusive”, czyli: kupił wodomierz, przyjechał, zamontował, uszczelnił co trzeba, przy okazji przetkał syfon w umywalce, wypił kawę, wziął śmieszne pieniądze, żeby jak on to mawia „krzywdy nie było”, wytarł nogi ponownie przy wyjściu i pożegnał się. I wydawać by się mogło, że po sprawie. Ale nie…Trzeba było jeszcze przecież zgłosić całą operację w spółdzielni mieszkaniowej. Poszłam więc do administracji, powiedziałam, że wymieniłam wodomierz i proszę o zaplombowanie. Pani urzędniczka wszystko zapisała i nakazała mi czekać dnia następnego w godzinach od siódmej do jedenastej na wizytę hydraulika.

Następnego dnia… Uzbrojona w wolny od pracy dzień i dobry humor, wstałam przed siódmą, ubrałam się, zrobiłam śniadanie i czekałam. Minęła dziesiąta, zrobiłam drugą kawę, makijaż i…czekałam. Tak mniej więcej o 12.30 przerażona koniecznością ewentualnego wypicia trzeciej kawy, postanowiłam zrezygnować i pójść do administracji, aby się uprzejmie przypomnieć. Weszłam, stanęłam w pokoju przesłuchań i znowu cierpliwie czekałam. W końcu po długiej chwili wyszedł do mnie pan technik z miłym uśmiechem. Powiedziałam o co chodzi.

- Pani pójdzie ze mną do warsztatu – odrzekł uprzejmie i wyszedł zza kontuaru.

Wyszliśmy na zewnątrz, pan technik zajrzał w drzwi tuż obok i zawołał:

- Panie Norbercie! Pan pozwoli tu do mnie. Coś pan robi? Dobrze, to za chwilkę.

Chwilka przedłużała się w nieskończoność. Nie wiedziałam co począć, bo pan technik przyglądał mi się badawczym wzrokiem, a ja oczyma wyobraźni już widziałam siebie w ławie sądowej na miejscu dla oskarżonych. W końcu…zaczął rozmowę o pogodzie. Uff, całe szczęście, że nie pyta mnie o ten wodomierz – przemknęło mi przez głowę – bo zacznę coś kręcić, wygadam się, że nie działał i kajdanki jak nic! Nareszcie, po jakimś czasie wyszedł z warsztatu dobrze mi znany hydraulik, pan Norbert –  chłopisko dwa metry wzrostu, w towarzystwie zupełnie mi nieznanego Rumcajsa, człowieka wzrostu mniej więcej metr pięćdziesiąt z pokaźnym brzuchem i brodą jak u rozbójnika  z czechosłowackiej bajki.

- Matko boska, to pani?! Co się znowu stało?! – huknął pan Norbert na mój widok.

- Czy ja wyglądam jak matka boska? – zażartowałam żeby go udobruchać.

- No nie – mruknął pan technik, skanując mnie jednocześnie z góry na dół i z powrotem.

- Mieliście być dzisiaj u mnie. Czekam i czekam i postanowiłam przyjść – powiedziałam cicho.

- U pani? Byliśmy pod 48.

- Ale ja mieszkam pod 46.

- No właśnie – wtrącił przytomnie pan technik.

- Ale było napisane 48. Poszliśmy, nikogo nie było i wróciliśmy, pewnie pani zły numer podała – rezolutnie odparł pan Norbert, a asystujący mu Rumcajs potakiwał głową i drapał się przy tym w tyłek, jakby go ugryzła hinduska menda.

- No wie pan, raczej na ogół pamiętam numer swojego mieszkania – odpowiedziałam już trochę zniecierpliwiona, ale zaczęłam mieć poważne wątpliwości jak idzie o stan mojej pamięci.

- Pani się nie martwi, to pewnie jakieś nieporozumienie, pan Norbert zaraz do pani przyjdzie – nadzwyczaj uprzejmie odparł pan technik, żeby tym razem mnie udobruchać.

Wróciłam do domu, zrobiłam kolejną kawę, nie minęło piętnaście minut i zadzwonił dzwonek. Z uśmiechem numer jeden na twarzy otworzyłam panu Norbertowi drzwi. I chociaż dzień był deszczowy, on jak zwykle, nie wycierając obuwia wszedł do mieszkania i zapytał tonem kierownika:

- To gdzie ten wodomierz?!

- W łazience, zapraszam – grzecznie i elegancko odpowiedziałam, otwierając drzwi.

- W łazience, ale gdzie?! – huknął.

Na Posejdona! Moja łazienka to nie salon samochodowy w Genewie czy innym Paryżu, ledwie dwa na dwa metry, więc chyba można się domyślić gdzie jest wodomierz – przemknęło mi przez blond główkę, ale uprzejmie wskazałam miejsce tuż pod umywalką.

Pan Norbert wyjął plombę i narzędzia. schylił się, a zadanie w jego przypadku do łatwych nie należało z racji wzrostu, postękał, pojęczał, pogmerał, podłubał i… zaplombował! Cała rzecz trwała ni mniej ni więcej tylko pół minuty, czy coś koło tego. Potem zadowolony z siebie zapytał gdzie może usiąść, wyjął papiery i zaczął pisać protokół. W czasie pisania postanowił mi przypomnieć, że w tym roku muszę jeszcze wymienić drugi wodomierz, bo kończy się okres legalizacji.

- A w którym miesiącu? – zagadnęłam.

- Wszystko jedno! Liczy się rok. Rozumie pani?

- Rozumiem, co mam nie rozumieć. A mogę kupić taki tańszy wodomierz? 

- Może pani, ale musi mieć co najmniej klasę B, MID co najmniej R 80 i qp 1m sześciennego/h albo 1,6m sześciennego/h.

- H? 

- Nie wie pani co to jest H?! Do szkoły pani nie chodziła?!

- Chodziłam, tak tylko zapytałam żeby się upewnić – zbita z tropu i zawstydzona mruknęłam.

- Ludzie, ludzie wodomierze chcecie mieć a prostych rzeczy nie rozumiecie – pokręcił głową pan Norbert, zamknął z hukiem teczkę z papierami, pozbierał narzędzia i pożegnawszy się z wyższością, wyszedł.

Usiadłam i odetchnęłam z ulgą. Do sądu chyba nie trafię – pomyślałam – bo gdyby tak miało być, pan Norbert już by mi to oznajmił, przecież on wie lepiej. I po co mi to wszystko? Po jaką cholerę mi było osiem lat podstawówki, świadectwo z paskiem, cztery  lata liceum, zaliczona matura, trzy lata stresów na studiach i dyplom w szufladzie, skoro zaskoczona przez hydraulika głupio się pytam co to jest H? Mogłam mu chociaż palnąć, że miałam do szkoły pod górkę, pewnie by zrozumiał i wykazał odrobinę współczucia, a tak wyszłam na niedouka i lesera, który nie uważał na lekcjach, szczególnie z fizyki. Ale to nic, od czego główka na karku?! Zemsta podobno najlepiej smakuje na zimno. Weźmie się, poczeka parę dni, albo tygodni, gdyż cierpliwa jestem. Pan Norbert pojawi się w moim sklepie przy kasach samoobsługowych wcześniej lub później i będzie chciał jak zwykle, żebym go skasowała, bo on nie potrafi, a ja wtedy pewna siebie mu walnę: Ludzie, chcecie robić zakupy, a nie umiecie się kasować! Do szkoły się nie chodziło?

Ech, marzenia swoje, a rzeczywistość swoje. Na prawdę będzie tak: pan Norbert pojawi się w sklepie, ja powitam go jak dobrego znajomego, wyszczerzę w uśmiechu świeżo umyte zęby, skieruję na niego oczu swych błękity, skasuję, spakuję, znowu posuszę zęby, uprzejmie pożegnam i zaproszę do powtórnych odwiedzin.

Wiadomo…Kto się uczył, ten ma lepiej.