O NAŁOGU


Życie blogerki nie jest usłane jedwabiem, choć niektórzy są o tym przekonani. Sława, pieniądze, wielki świat, drogie samochody, jedwabne suknie, i sztuczne futra wyglądające jak prawdziwe, to nie dla blogerki! Normalna, zwykła, pospolita blogerka, taka jak ja ma przesrane, na co dzień i od święta. Bo taka zwyczajna blogerka jak ja jest nie tylko  samotną matką, kasjerką w markecie i karmicielką kota (a właściwie kotki), ale jeszcze na dodatek  ześwirowaną na punkcie pisania klikaczką. Uzależnienie. Tak to się nazywa. Żeby jeszcze alkohol, papierosy, zioło, internet, albo chociaż hazard, ale nie! Siedzenie przed lapkiem i klepanie w klawisze. Toż to normalne nie jest. Sami chyba przyznacie? Pospolity nałogowiec to sobie walnie litrową flaszkę w towarzystwie zwierciadła, wyjara paczkę fajek w godzinę, postawi dziesięć tysięcy na drużynę, która już tydzień wcześniej sprzedała mecz, albo zakopie się w łóżku na tydzień coby odurzać się dawką onetu, wirtualnej polski i portali społecznościowych. A blogerka? Co ona biedna ma począć? Jest zdana na łaskę i niełaskę losu. Szuka inspiracji, tematu i natchnienia żeby móc sobie spokojnie usiąść i zacząć klepać w klawisze.

Otóż wczoraj nadszedł  fatalny dzień. Dzień klęski prawie. Coś nie dawało mi spokoju i od rana drążyło temat w moim mózgu. Temat o braku tematu. Trzeba napisać, bo palce sztywnieją, trzeba wyrzucić z głowy przez ramię do dłoni to szalone napięcie, które nie daje żyć i powoduje, że zaczynam słyszeć głosy. Cały dzień, do wczesnego wieczora nerwowo kręciłam się po domu. Wieczorem poszłam do pracy. O Ozyrysie, jakież to szczęście, że mogłam pójść do pracy i zapomnieć na moment, a właściwie na kilka godzin o niemocy twórczej! Ale nie! Przeklęty mózg ciągle przełączał mnie na inny kanał i domagał się kombinowania, o czym napisać. W sklepie ruch jak na dworcu w Katowicach. Ten chce papierosy, ale koniecznie długie i czerwone, tamten doładowanie do „Oręż”, a jeszcze inny chce kupić patyczki do szaszłyków i jest oburzony, dlaczego takiej potrzebnej rzeczy nie ma w sklepie. A ja biedna przebieram nogami i napierdalam koło tych przeklętych kas, ciągle myśląc o czym napisać. A na samym środku między kasami ustawiony wielki stojak z torebkami na prezenty! Kilka razy w biegu od jednej kasy do drugiej prawie wybiłam sobie oczy i walnęłam się w głowę. A już mi z tym! Szurnęłam stojakiem i przestawiłam go w inne miejsce. Nie pomogło, to znaczy pomogło, ale tylko w swobodnym napieprzaniu między klientami, a niemoc twórcza jak była tak była. Ech gdyby taki stojak, co przeszkadza w mózgu dało się przesunąć! Wrociłam po połnocy z pracy. Syn wyszedł po mnie na dół. wyjął zakupy z bagażnika i powiedział:

- Mamo, coś nam się w domu stłukło.

- Co? Gadaj normalnie, bo po pracy jestem, jeszcze się nie zresetowałam.

- Lampa.

- Która?

- Ta w przedpokoju.

- Jak to się stało?

- Nie wiem, ale Mary się wystraszyła i weszła pod stół.

Jeszcze i to – pomyślałam. Lampa poszła w drobny mak, ze ściany wystaje kabel, w ścianie dziura. Może to ta złośliwa ściana postanowiła o sobie przypomnieć i pokazać mi, że domaga się odnowienia? Ech, ściany chyba nie są aż tak złośliwe! Kij z tym! Poszłam spać. Należało mi się po całym dniu i połowie nocy. Wstałam rano, zrobiłam kawę i śniadanie, nagle głosy w głowie zaczęły mi podpowiadać „Odpal lapka, odpal lapka”. Kobieca intuicja, kurna jego mać! Odpaliłam. Weszłam na pocztę. Pięć komentarzy do mojego bloga oczekujących na zatwierdzenie. W dodatku nie od znajomych! Myślałam, że zwariuję ze szczęścia. Ktoś mnie jednak czyta! Zalogowałam się na swojego bloga. Ponad tysiąc wizyt tylko dzisiaj?! Nie, to chyba jakieś nieporozumienie! Coś musiało się pochrzanić w liczniku. O co kaman? Ktoś napisał, że mój ostatni wpis był tydzień temu, ale i tak będzie zaglądał. Kurczaczek, człowieku, myślisz, że to takie proste, żeby pisać częściej, kiedy się ma na głowie dom, kota, złośliwą ścianę, lampę, która odmówiła po dwudziestu latach współpracy, stojak na środku szlaku między kasami i na dodatek brak weny?! Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie!

Usiadłam i zaczęłam pisać. Ambitne plany na dzień dzisiejszy o kant dupy potłuc. Wizyta u mamy, czyszczenie chodnika, ugotowanie normalnego obiadu, zrobienie samej siebie na bóstwo i tak dalej i ten tego, wszystko porzucone! Irokez w nieładzie, odziana w piżamę, z kawą i papierosem na podorędziu posadziłam dupę na krześle i położyłam palce na klawiaturze. Mózg, ramię, dłonie, palce, klawiatura. Co w myśli, to na ekranie. Pięknie. Jest moc. Oczyściłam się! Ale jutro, najdalej pojutrze znowu się zacznie. Fałdki w mózgu zaczną  się marszczyć i prostować na przemian. Będę chodzić jak lunatyk, nie wiedząc co się dookoła dzieje. Ludzie! Dajcie temat! Podrzućcie coś! Jedna historia, dialog, słowo, myśl, wszystko może być tematem! Ratujcie! Błagam, dajcie działkę, sztacha! To nałóg!