O SPALONYM SIANIE I OSZPECONEJ POCZCIE


Wróciłam do domu o 3.15 w nocy z wetkniętym za uchem kwiatkiem, a właściwie dwoma – jeden od przodu, drugi od tyłu. Kolega Moskwa postanowił mnie upiększyć, na wypadek, gdybym w drodze z samochodu do mojego mieszkania spotkała jakiegoś przystojniaka. Bo wiadomo, że takie stare pudło jak ja, bez kwiatka za uchem nie powinno się pokazywać na ulicy w nadziei, że coś, a raczej kogoś poderwie, w dodatku w środku nocy, kiedy ruch raczej niewielki. Nie! Od razu dementuję wszelkie podejrzenia – sama nie prowadziłam, bo życie, i prawo jazdy pragnę jeszcze zachować. Aga i Andrzej odwieźli moje szanowne zwłoki pod sam dom. Chociaż czy ja wiem, czy to były zwłoki? Wyszłam z samochodu o własnych siłach, lekko się tylko potykając, tak więc uważam, że mogłam się bardziej postarać, ale pewnie kiedyś to nadrobię. Ani na ulicy, ani w windzie nikogo niestety nie spotkałam, a może stety, bo jakby mnie ujrzał jakiś sąsiad, a raczej sąsiadka, mieliby ludziska niezłą bekę, a mieszkań w naszej klatce pięćdziesiąt, więc stałabym się obiektem drwin całej rzeszy ludzi, na kilka tygodni.

Obudziłam się przed południem ciągle słysząc w głowie rechot kilkunastu gardeł i wrzask Moniki: Honorata, ku..a, zapal światło, bo nic nie widać! Nie wiedzieć czemu, fotokomórka, która oświetlała nam miejsce przed salą otrzymała wdzięczne imię Honorata, co zostało powszechnie zaaprobowane, jako forma protestu przeciw rzekomej Honoracie, która w rzeczywistości nie istnieje, a którą postanowiliśmy powołać do życia, nadając to imię fotokomórce. A muszę zaznaczyć, że owo miejsce spotkań pod Honoratą było bardzo ważne, bo tam właśnie potworzyły się grupki, nazwane przeze mnie kółkami różańcowymi. W kółkach różańcowych toczyły się przeróżne rozmowy, przy czym jakość owych rozmów zdecydowanie zyskiwała na wartości, wraz z ilością wypitego alkoholu, którego marki ani rodzaju nie wymienię, gdyż było ich wiele, zarówno rodzajów jak i marek. No bo tak…Najpierw to gadaliśmy o fajnym tyłku konwojenta i niezłym burdelu w pewnym miejscu i obsmarowaliśmy na cały głos koleżankę (która nota bene była z nami), w zemście za to, że wygląda jak chodzący kolagen, w dodatku opalony. Baby są jednak wredne! Te kolagenowe i te starsze też! W końcu rozmowa zeszła na temat… psychologii, a właściwie dlaczego ja się kojarzę Tomkowi z Zimbardo (choć muszę przyznać, że jak mi wytłumaczył, to byłam dumna) i o tym, czemu ludzie robią sobie tatuaże i jak to wpływa na poziom oświecenia narodu. Nagle, pośród tych wszystkich uczonych rozmów pojawił się Moskwa. 

- Ludzie! Dawajcie na salę! Mariolka wymiata na parkiecie.

Tego nie mogliśmy przegapić. Runęliśmy całym tabunem na salę, i przyłączyliśmy się do Mariolki.  Zaczęłam napierdzielać jak szalona. Nogi, ręce, głowa, każde w swoją stronę. Nagle ktoś objął mnie od tyłu z całej siły. Czyżby niespodziewany seks w międzynarodowy dzień seksu? – przemknęło mi przez głowę. I w tym momencie ujrzałam cały świat, czyli parkiet, Mariolkę i resztę towarzystwa z wysokości dwóch metrów na jakieś trzy sekundy. Odwróciłam się, patrzę, a to Moskwa! Człowiek metr sześćdziesiąt wzrostu i z taką parą?! Podniósł moje osiemdziesiąt kilo, jakby to była siatka z zakupami ze stonki. Natychmiast pozazdrościłam Justynie. Co on w łóżku musi wyprawiać? Dobrze, że mnie nie wywalił na podłogę, bo pewnie ktoś by zaraz sypnął cytatem „przewróciło się, niech leży”. Potem Serek poprosił mnie do tańca, a właściwie sam sobie wziął, nie prosząc, ale kulturalnie i serdecznie od razu zastrzegł, że będzie ostrożny, bo taka starsza pani jak ja może się w tańcu rozsypać w drobny mak, a tego byśmy nie chcieli, zarówno on, jak i ja. Chwała Serkowi!

I jaka kultura przy stole! Stanowczo zaprotestowałam przeciwko temu, że ktoś podprowadził moją szklankę, więc natychmiast usłużnie ktoś podał mi drugą. Wiadomo, najstarszej w towarzystwie wszyscy nadskakują. Grzeczny naród! Donka przytuliła mnie do siebie, coby mnie pocieszyć i powiedziała mi do ucha: nawet nie wiesz, jak ja cię kocham. Ja ją też kocham, więc zrazu po tym przecudnym wyznaniu miłości zaproponowałam, że uplotę jej warkoczyki z włosów, żeby mogła się dziewczyna pokazać w pracy jak człowiek. Chyba tego nie zrobiłam?! Mam nadzieję, że nie, bo niezły byłby widok! Pod sam koniec imprezy, tuż przed wyjściem, przysiadłyśmy z Olką na ławce i powiedziałam jej na pocieszenie:

- Teraz widzisz, po co są święta kościelne.

- Poszła won z taką gadką, bo cię znielubię – fuknęła na mnie

- Żebyśmy mogli sobie taką fantastyczną imprezkę zrobić! – udobruchałam ją

- No dobra, obroniłaś się!

I muszę dodać czym prędzej, bo mi się przypomniało…Nad naszym bezpieczeństwem czuwał Marek, bo to on przezornie trzymał klucz do bramy, ale reszta panów dzielnie mu pomagała, gotowa w razie czego dać komuś w mordę na opamiętanie i ku wiecznej pamięci. 

Taka grzeczna impreza rzadko się zdarza. Niczym nie zabłysnęliśmy! Ech, kiedyś to były imprezy! Babcia Józefina mi opowiadała…Jak była młoda wypiła z koleżankami sporo bimbru, nalewając go chochlą wprost z bańki. Odurzone alkoholem, przeszły przez wieś, wydzierając się na cały głos, a gdy doszły do czyjegoś pola, usiadły zmęczone w kopce siana. Przezornie zabrały ze sobą kieliszek i pełną flaszkę, coby się doprawić. Kieliszek się stłukł i kawałki szkła wpadły do kopki. Babcia Józefina natychmiast pomyślała o krowie (która może to siano nie daj boże zjeść i uszkodzić sobie wnętrzności), więc zaproponowała, żeby kopkę podpalić, a na wszelki wypadek i drugą, żeby głupio nie wyglądało.  W szalonej ucieczce z pola, dopiero co podpalonego, zawędrowała babcia Józefina z koleżankami pod budynek poczty (gdyż wieś była gminna i pocztę własną miała). Pod pocztą rosły piękne, białe, olbrzymie lilie. Tak bardzo się spodobały babci Józefinie i jej koleżankom, że postanowiły wszystkie, co do jednej zerwać i zbeszcześcić przy tym budynek, w końcu jakby nie było państwowy, oszpecając go przy tym na dobre. Na drugi dzień larum podniosło się we wsi ogromne. I nie było się czemu dziwić. Pożar i dewastacja mienia państwowego, w ciągu jednej nocy! I to po odrobinie bimbru!

Kiedyś to były imprezy! I co? Głupio Wam teraz? Mam nadzieję, że tak. Ale nie bójcie się, wszystko jeszcze przed nami!