TAKIE RZECZY TYLKO U NAS CZYLI: PRACOWNIK MIESIĄCA


- Tfu, panie te fejsbuki i skajpy to nic ino zgorszenie. Powymyślali takie gupoty i nic, ino siedzom  i zajmujom się nie wiadomo czym. Jak ta lebioda z parteru, panie toż to założyć ni ma co na siebie, a na komputer ją stać!

- Żebyś pan wiedział, żebyś pan wiedział! Takie gupie te młode tera som, że niech ręka boska broni! Panie, a znasz pan ten kawał?…

Słuchałam tej radosnej konwersacji, ale teraz żałuję, że byłam akurat w pracy i nie mogłam wchłonąć całości tej przecudnej wymiany zdań. Bo było by co opisać, może nawet ku potomności. Gall Anonim się we mnie odezwał, niech szlak trafi. Ale, ale to wcale nie znaczy, że nie wyciągnęłam z tego wniosków. A że takie rozmyślania i owo wniosków wyciąganie czasem zachodzi bardzo daleko to i tym razem nie może być inaczej. Dialog dwóch starszych panów, a właściwie narzekanie na młodzież, nowoczesną technologię i wszystko na co można, a raczej trzeba ponarzekać, odbywał się w niedzielę przed południem, w naszym markecie tuż przy kasach, na środku jedwabnego szlaku, czyli na drodze od półek do kas. Zaczęłam się więc zastanawiać, co skłania ludzi, żeby w niedzielę, dzień święty przecież, przychodzili do marketu, błąkali się bez celu między półkami, a potem stali, narzekali, pieprzyli trzy po trzy, opowiadali sobie kawały i obrabiali dupę sąsiadom.

Wróciłam do domu, walnęłam piwko, bo należało mi się po dniu ciężkiej pracy, jak psu zupa. Potem walnęłam drugie, bo nikt mi nie zabronił. I „nadejszła wiekopomna chwila”, czyli oświeciło mnie totalnie i zrozumiałam! Klienci nas lubią, powiem więcej – kochają nas! To dla nas właśnie przychodzą do marketu o każdej porze dnia, nocy i tygodnia, nie bacząc na złą pogodę, burze, deszcze i tropikalne upały.

Bo tylko u nas…

Kasjerka krzyczała pewnego razu: „Ludzie, ludzie, gumki sprzedaję! Tanio! Bierzcie i idźcie!” I wciskała każdemu, po kolei, jak leciało, bo prezerwatywy były akurat w szalonej wyprzedaży, po 50 groszy za paczkę. A inna nie chciała być gorsza i darła się: „Na moim straganie wszystko dostanie! Śrubki, nakrętki, kondony, dętki!”.

Bo tylko u nas…

Na pytanie klienta: „Pani, co to ma być?!”, kasjerka włożyła na siebie boa z różowych piór i ciemne okulary w kształcie serduszek, żeby pokazać człowiekowi, w jakim celu używa się tych rzeczy w Walentynki. Resztę przezornie przemilczę.

Bo tylko u nas…

Po telefonie klienta i jego grzecznym zapytaniu: „Przepraszam, czy są kury rosołowe?”, pracowniczka punktu obsługi klienta, o wzroście metr pięćdziesiąt, napierdzielała na swoich krótkich nóżkach z szybkością motoroweru, przez cały sklep, aż do lad z mięsem, narażając prawie swoje życie, a już na pewno nogi, żeby w jeszcze szybszym tempie wrócić z odpowiedzią i…usłyszeć w słuchawce: tiiiiiii, bo klient się rozłączył.

Bo tylko u nas…

Kto pyta nie błądzi. I nasi klienci nie błądzą, gdyż tylko my znamy odpowiedź na pytanie, gdzie leży cefalon i co to  w ogóle jest.

Bo tylko u nas…

Gdy razu pewnego klient rzucił mandarynki na kasie samoobsługowej i wrzasnął: „Jak mam to gówno skasować?!” Kasjerka głośno, grzecznie i z całym dostojeństwem odpowiedziała: „Proszę pana, gówna nie sprzedajemy, ale mogę panu sprzedać mandarynki. Na prawdę polecam, są bardzo słodkie”, wywołując przy tym śmiech zebranej wokół gawiedzi.

Bo tylko u nas…

Na pytanie klienta w stronę kasjerki: „Czy pani już schodzi?” odpowiada się najczęściej: „Nie schodzę, proszę pana. Mam zamiar żyć przynajmniej do stówy”. A na kolejne pytanie ( które bardzo często pada): „To mogę się wyłożyć na kasę?” rzucamy tekstem: „Oczywiście, tylko proszę głowę z prawej, a nogi z lewej”.

Bo tylko u nas… miała miejsce scena, której jeszcze nie widziałam w żadnym markecie.

Przez całe popołudnie, do późnego wieczora, przez sklep przewijały się hordy klientów. Ludziska oszaleli, bo dostali kasę, a na dodatek upał był na dworze tak potworny, że świątynia z klimatyzacją stała się najlepszym schronieniem. Jedna z naszych koleżanek (której imienia tu nie wspomnę, chyba że mi pozwoli), nie będąca na co dzień kasjerką, lecz szefową działu, postanowiła nas wspomóc i dzielnie napierdzielała w kasie, zyskując tym samym naszą wdzięczność po wsze czasy. Gdy godzina była już dość późna i padałyśmy na twarz, włączył nam się automatyzm, czyli grzeczność ponad miarę, za każdą cenę i na wszelki wypadek. Więc wymieniona wyżej koleżanka tak się zakręciła, że na pytanie klienta do telefonu , (który trzymał przy uchu) „halo, co słychać?”, natychmiast odpowiedziała: „Dziękuję, bardzo dobrze”. Gdy się zorientowała, że to nie do niej było skierowane owo pytanie, zaczęła rechotać  sama z siebie, zarażając tym rechotaniem mnie. Tak u nas bywa po godzinie 23, gdy już jesteśmy padnięte, jak konie po westernie. Wtedy włącza nam się bzik, a raczej wydziela adrenalina, tak potrzebna w celu przetrwania. W czasie tego beztroskiego rechotu nagle wrócił do kasy klient z pełnym wózkiem zakupów i uprzejmym zapytaniem do koleżanki:

- Pani, co mi pani tu skasowała? Kaszanka? Ja nie mam żadnej kaszanki!

- Na pewno pan nie ma? – ona na to przezornie (bo pomyślała, że może jednak ma i chce podstępem i haniebnie oszukać naszą firmę)

- Pani, niech se pani sama zobaczy!

Wtedy Ona (już w tym miejscu użyję dużej litery, bo Jej się należy), niewiele się namyślając, a właściwie bez namysłu, zamiast wyjść z kasy i sprawdzić co gościu ma w wózku, oszczędzając czas i własne nogi…Weszła na kasę, w miejsce, gdzie kasjerki za taśmą odkładają zakupy klientów, uklęknęła i beztrosko wypięła się, zaglądając tym samym w wóz z zakupami.  W tym momencie cała kolejka ludzi wyszczerzyła zęby z radości, paniom trzęsły się biusty, a panom to nawet na dodatek wylazły gały na widok (jakby nie było,przyznam z niechęcią) niezłego tyłka mojej koleżanki. Całą sytuację, włącznie z komentarzami zapamiętam do końca życia (a żyć mam zamiar do stówy, jak to kasjerka). I przytoczę tylko jeden komentarz, który najbardziej mi się podobał: ” Niezłe jaja! Dajcie jej ksywę kaszanka!”.

W naszej sieci sklepów przyznaje się pracownikom w ramach nagrody i uznania laurki. Ja jednak pozwolę sobie na odstępstwo od tego dziwnego zwyczaju i… PRZYZNAJĘ NINIEJSZYM NASZEJ KOLEŻANCE ZASZCZYTNY TYTUŁ „PRACOWNIKA MIESIĄCA”. I chociaż miesiąc ledwie się zaczął , to  jestem przekonana, że do jego końca nikt Jej nie przebije. Kto wie, może od dziś będzie to nowość w naszym sklepie? Taka „nowa, świecka tradycja”?