NIEZŁA WKRĘTKA PANI S. CZYLI: JAK WALCZĘ Z DEPRESJĄ



- Tak Wysoki Sądzie (czyli: Szanowna Czytelniczko, Szanowny Czytelniku), przyznaję się, ale mówię od razu: wszystkiemu jest winna Pani S!

- Czy świadek mogła by jaśniej? 

- Oczywiście, że mogłabym. Przyznaję się, że czytuję bloga Pani S. i to przez Nią właśnie znowu popełniłam ten czyn i usiadłam przed kompem. Wysoki Sąd ma rację, że pisanie takich bzdur powinno być prawnie zabronione, lecz nie jest. A Pani S. jest wszystkiemu winna, bo jak Ona coś napisze, to mi się  przypomina. To przez Nią przypomniało mi się, jak dawno temu moja babcia wraz ze swym najmłodszym synem kibicowała jednemu polskiemu bokserowi. Oboje siedzieli wtedy na podłodze przed telewizorem, a od tego kibicowania wujkowi pękły spodnie na tyłku, od kroku po plecy.

Potem przeczytałam u Pani S. że świszczy jej w torebkach. Po dwóch dniach zaskoczyłam, też rzuciłam się na swoje torebki i…znalazłam pięć dych. Przysięgam!

A parę dni temu Pani S. napisała o porcelanie. I wtedy stanął mi przed oczyma mój ex mąż, który był jak najbardziej, ze wszech miar porcelanowy. Nie żeby kruchy, piękny i wart każdych pieniędzy, ale obdarzony był zadziwiającą umiejętnością unicestwiania porcelany i muszę przyznać – wychodziło mu to doskonale. 

W pierwszych miesiącach naszego małżeństwa kupiliśmy przepiękny komplet obiadowy. Szare pudło z  zastawą położyliśmy na tylnym siedzeniu w samochodzie i wtedy mój ex zaproponował, żeby zostawić auto na ciemnym, niestrzeżonym parkingu (gdyż skąpy był i żal mu było parę groszy na strzeżony) i pójść jeszcze po coś do sklepu. Gdy wróciliśmy do samochodu, drzwi były otwarte, zamek rozpruty, a pudła z zastawą nie było. Wyobraziłam sobie wtedy jaką minę musiał mieć złodziej, który włamał się do samochodu, zapewne w przekonaniu, że znajdzie w pudle jakiś zestaw stereo, albo inne cudo ówczesnej techniki, a po otwarciu okazało się, że w środku taka niespodzianka! Bo muszę dodać, że były to czasy, kiedy większość opakowań była szara i nie podpowiadała, jaką zawartość w sobie kryje. Na drugi dzień kupiliśmy powtórnie ten sam komplet, ale tym razem przezornie pojechaliśmy z nim natychmiast do domu. Zastawa uszła z życiem, ale pojechała nam po portfelu, bo w tym momencie jej cena wzrosła dwukrotnie, głownie przez skąpstwo mojego ex i jego dziwną, upierdliwą niechęć do strzeżonych parkingów.

Przez wiele lat naszego małżeństwa mój ex bardzo mocno się starał i wychodziło mu to doskonale. Talerze, talerzyki, kubki, miski, miseczki, dzbanki, dzbanuszki i wszystko inne co nadawało się do stłuczenia, zostało stłuczone. Był to okaz małżonka, który w hodowli był nieopłacalny, gdyż ciągle generował straty, nie tylko w mojej psychice, ale także w porcelanie (w innych rzeczach też, ale o tym przy okazji).

Któregoś dnia zapragnął pomalować ściany w kuchni. Chciał pokazać, że jest dokładny i nie odwala fuszerki, więc przed pomalowaniem postanowił zdjąć wiszącą szafkę. Ale…ponieważ był nerwowy, niecierpliwy i niedbały w szczegółach, próbował ją zdjąć bez wyciągania zawartości ze środka. Szarpnął dość mocno, źle przytrzymał i szafka spadła na podłogę z rumorem, jakiego w życiu do tamtej pory nie słyszałam. Gdy stanęłam w progu kuchni zobaczyłam przerażający widok. Prawie wszystkie porcelanowe rzeczy, które były w środku, przeobraziły się w drobne kawałki. Nie, żeby drogie, ale ulubione i pamiątkowe. Najbardziej było mi żal pięknych, dużych białych filiżanek, bodaj ostatnich sztuk porcelany z fabryki w Książu, która krótko wcześniej została zamknięta. Wtedy, w tym momencie, natychmiast, w ekspresowym tempie przypomniały mi się wszystkie niecenzuralne słowa, jakie istnieją w języku polskim. A ponieważ mi się przypomniały, to wyrzuciłam je z siebie, wrzeszcząc na cały głos, pod adresem mojego ex, wtedy jeszcze małżonka. Pierwszy i ostatni raz w małżeńskim życiu tak dałam czadu. I nie żałuję. Chociaż żałuję, trzeba było wcześniej tak przeklinać, bo w kilka miesięcy po tym wydarzeniu, mój ex, wtedy jeszcze małżonek, opuścił nasze szeregi ze sztandarem w rękach, czyli z dwoma walizkami.

Potem długo się zastanawiałam, czy raczył był odejść dla tego, że tamta pani miała jeszcze porcelanę, czy dla tego, że ja potrafię przeklinać, jak dziesięciu szewców przy skrzynce wódki (z całym szacunkiem dla szewców). Od tych rozmyślań między innymi, ale jeszcze od paru innych rzeczy po drodze, nabawiłam się depresji. A że wiele źródeł mówi (i amerykańscy naukowcy też), że przed depresją ucieka się w nałogi, to i ja uciekłam, choć nieświadomie. Piszę więc te bzdury, czyli mojego bloga, przeklinając moją depresję i dając jej kopa. Z jakim skutkiem? Się okaże…