ORGAZM ZA CZTERY ZŁOTE

Cóż… Znudzona powszedniością i rozczarowana ludźmi otworzyłam komputer. Chwilę trwało zanim przypomniałam sobie hasło do mojego bloga. Co zrobić – pamięć już nie ta co kiedyś, może to demencja starcza… Może, ale kij z tym. Pomyślałam, że trza coś wyklikać bo mi usuną bloga a trochę mi szkoda. Się napociłam przecież niemiłosiernie dawno temu żeby go założyć. I co? Teraz mam go wyrzucić do śmieci? Za nic! Nie poddam się tak łatwo.

Wolny dzień nastraja optymistycznie. Zebrałam manele i pojechałam do matuli. Wypiłam dwa kompoty z porzeczki, bo przecież kompot to nie to samo co woda ze sklepu  za koszmarne pieniądze. A woda z kranu i trochę gazu i porzeczka i cukier przecież prawie nic nie kosztują. I  te nagrania polityków! Jest afera. Coś tam PiS  miał podobno z tym wspólnego. W dodatku ta cała rzesza dziwnych sąsiadów. Jedni siedzą cały dzień na działce zamiast sprzątać mieszkanie, drudzy nie mają przeciągu w mieszkaniu, bo okna mają z jednej strony, a upał daje niemiłosiernie, dzieci ryczą, a właściwie drą mordy. Sąsiadka z drugiej klatki powiedziała, że zmarł znajomy, ten co to kiedyś dwadzieścia lat temu kupił od nas zieloną kuchnię bo już jej nie potrzebowaliśmy. Pamiętasz? No, pamiętasz – męczyła matula. Najpierw kręciłam głową w poprzek, potem już przytaknęłam. Wolę jednak pamiętać. To znacznie oszczędza czas. A, potem jeszcze było, że ta blondynka z telewizji, no wiesz która, to ona ma przystojnego męża.

- Z pięknej miski się nie najesz – burknęłam żeby tylko nie dać po sobie poznać, że prawie w ogóle nie słucham. – Poza tym mamo, mówiłam ci już, że nie oglądam telewizji.

- No tak, ale wiesz, o którego redaktora mi chodzi, no wiesz, ten taki gruby, fajny, co ma ten program – matula już dawała po innym temacie.

- No wiem – palnęłam najszybciej jak mogłam i prosiłam boga, chociaż wiem, że on nie istnieje, żeby moja matula znowu nie wspomniała nagle ni z gruszki ni z procy, że w telewizji mówili, że grzywki są modne.

Postanowiłam to zakończyć. Nie, nie złapałam za siekierę, wszak to matula moja przecież, ale powiedziałam, że już jadę bo muszę zrobić zakupy. Wtedy matula wpadła na pomysł żeby pojechać ze mną. Oki, w to mi graj, niech wsiądzie w auto i będę miała święty spokój – pomyślałam. I wiecie co? Miałam kurna rację! Prawie. Zakupy zrobiłyśmy dość rzeczowo i sprawnie, ale podczas ładowania ich do bagażnika musiałam wysłuchać poematu pod tytułem „czemu ty tyle wydałaś?”.

- Nie wiem czemu, też myślę, że to skandal – rzuciłam matuli na pocieszenie i odstawiłam ją z powrotem do domu.

Kiedy zostałam sama w samochodzie, poczułam ulgę. Włączyłam radio na full i postanowiłam zrobić coś dla siebie. Dziesięć minut szczęścia. Albo chociaż pięć. Sam na sam ze sobą i swoimi myślami. Pojechałam na myjnię samochodową. Samoobsługową. Pewna siebie, bo już miesiąc wcześniej przerobiłam dwa razy instrukcję obsługi. Nie było wtedy łatwo. Pojechałam na myjnię w czasie deszczu, żeby nikogo tam nie spotkać. Pomysł był niezły, chociaż do dziś nie jestem pewna, czy tam nie ma kamer i czy nie wylądowałam na wykop.pl czy wiocha.pl. Kocham to uczucie, kiedy wiem, jak mam coś zrobić i nie muszę się rozglądać, czy ktoś się ze mnie nie śmieje. Kompleksy mam. No, jeszcze nie zeszłam z nocnika.

Tak więc dzisiaj, już uzbrojona w wiedzę i pewność siebie podjechałam z fasonem, wysiadłam z auta, podwinęłam nogawki spodni pokazując opalone łydki, wrzuciłam dwa złote, wcisnęłam guzik numer jeden, wzięłam pistolet i…zaczęłam myć moją sienkę. W pewnym momencie pył wodny zaczął mi padać na twarz i ubranie. Cuuuudownie, upał jak diabli, a ja sobie stałam w wodnym pyle i myłam. Znowu wrzuciłam dwa złote i zaczęłam płukać. Szum wodospadu, totalne odmóżdżenie – „orgazm” za cztery złote.

Kocham moją matulę, ale od dziś będę sobie fundować taki orgazm po każdej wizycie u niej. Jestem wredna, wiem.